Czas wrócić do mojej opowieści. Skończyłem ostatnio na wyjeździe do szpitala w celu stawienia się na chirurgii z skierowaniem na pilną operację. Wcięcie woreczka żółciowego na cito.
Dojechałem w końcu na izbę przyjęć. Po drodze z bólu wyłem strasznie. Wyczołgałem się z samochodu i skulony chwiejnym krokiem poczłapałem na SOR. niestety drzwi zamknięte, a na nich kartka Izba przyjęć zamknięta do odwołania. Tyle z mojej pilnej operacji. Wsiadam do samochodu, wracam do domu.
Kiedy żona zobaczyła mnie w drzwiach nie pytając o nic więcej dzwoni po pogotowie. Po krótkiej rozmowie z dyspozytorem ambulans zostaje do mnie wysłany.
Ratownicy pojawiają się kilka chwil później. Szybki wywiad, kroplówka, badania. Ja nadal zwijam się z bólu, który nie ustaję a wręcz narasta.
Zaczynają się telefony ratowniczki po szpitalach. Kto mnie przyjmie w czasach Covidu.
Lekarz dostaje zielone światło od dyspozytora. Zabierają mnie. jedziemy do szpitala, gdzie jak się okazuje mają zamkniętą chirurgię i pod już 3 kroplówką czekam do rana na decyzję czy przyjmą mnie czy nie.
O 6 nad ranem ból zaczyna puszczać. Godzina 8 lekarz stwierdza, że miejsce się nie zwolni i dostaję wypis do domu. I zalecenie. Dieta. To ona mnie ma ocalić. Lekarze nie pomogą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz