Wczoraj wróciliśmy do biegania po wakacyjnej przerwie.
Tak na spokojnie 7 km marszobiegu.
Okolice kolan jeszcze potrzebują trochę czasu by dojść do siebie po piątkowej 150 km trasie do Krakowa. Wczoraj czułem je podczas biegu.
Wczoraj wróciliśmy do biegania po wakacyjnej przerwie.
Tak na spokojnie 7 km marszobiegu.
Okolice kolan jeszcze potrzebują trochę czasu by dojść do siebie po piątkowej 150 km trasie do Krakowa. Wczoraj czułem je podczas biegu.
Dziś po porannych 10 km z kijkami po lesie waga pokazała mi 97,5 kg. Co daje mi spadek masy ciała o 4,5 kg w dwa miesiące.
Ładnie spada. nie za wolno i nie za szybko. Po prostu zdrowo.
Jeszcze przez kilka dni mam wykupioną dietę w vitalii dla Par i zastanawiam się czy nie zrobić obie przerwy na jakiś czas.
Spróbować w tym czasie samemu kontrolować to co znajduje się na talerzu.
Jeśli się uda kontrolować to samodzielnie, będzie można odtrąbić sukces i nie ukrywam nieco zaoszczędzić. Jeśli natomiast spadek wagi się zatrzyma lub co gorsza zacznie rosnąć, wtedy przeproszę się z dietetyczką.
Tak na szybko wczoraj udało się wybrać na rower.
Dziś waga pokazała 98,3 kg - waga spada jest dobrze.
W końcu udało mi się zabrać za ten wpis.
Wakacje się skończyły. Bieszczady pożegnały nas deszczem, co po ponad tygodniu w pełnym słońcu z temperaturą w okolicach 30 stopni było nawet przyjemnym doświadczeniem.
Dzięki codziennym aktywnością (wędrówki górskie - zdobyta m.in. Tarnica, spływ kajakowy Sanem, a nawet bieganie) wspaniała kuchnia Bieszczad nie pozostawiła po sobie zbyt dużego śladu. Tylko jeden nadprogramowy kilogram.
Warto było go zdobyć w tych okolicznościach natury.
Zmotywowany do działania i wypoczęty wracam do dalszego zrzucania masy.
Wczoraj w końcu udało mi się z żonką pokonać dystans 10 km marszobiegiem. 1 godzina 11 minut. Dramatu myślę nie ma. Zwłaszcza, że moja życiówka z najlepszych czasów to 58 minut na 10 km (ale to już wszystko biegiem kilka lat temu).
Dziś w planach rower, a po nim pakowanie na jutrzejszy wypad pod namioty na 3 dni.
Przede mną ciężki urlopowy czas. Bez wagi kuchennej i łazienkowej. Już się boję ile przybiorę na wakacjach bez zwiększonej dawki ruchu.
Wczorajsze ważenie ukazało na wyświetlaczu 97,95 kg. Nie przyzwyczajam się jednak do tego wyniku za dwa tygodnie pewnie trzeba będzie zaczynać z wyższego pułapu.
Miało być podsumowanie miesiąca, ale dzieje się tyle, że dziś tylko dam znać, że nadal żyję i udało mi się wrócić do rowerowania. 33 km dopisane do licznika.
Bałem się tego dzisiejszego ważenia. Przez chorobę wypadło mi sporo treningów. Dieta niby trzymana, ale pojawiło się kilka odstępstw.
Na wadze pół kilograma więcej niż przed tygodniem.
Wczoraj pierwsze bieganie na dystansie 3 km (upał taki, że nie dałem rady więcej).
Dziś mało dietetycznie, ale chciałem odnotować ten fakt. Rozstałem się dziś z portalami społecznościowymi FB i instagram wyleciał z mojego telefonu.
Po kilkudniowym zastoju wracam do aktywności. Dziś z żonką z rana kijki w lesie na dystansie 6 km. Nie za mało i nie za dużo tak w sam raz na obgadanie najważniejszych spraw przed wakacyjnym wyjazdem, który już za kilka dni.
Wczorajszy dzień należy szybko wymazać z pamięci. Nie pobiegałem, nie pojeździłem. Leżałem i dochodziłem do siebie. Przeziębienie nie odpuszcza.
Może dziś wieczorem już się uda coś poruszać, bo czuję, ż czas mi ucieka.
To zdecydowanie nie angina. Przeziębienie co najwyżej. Takie z gorączka (tą niebezpieczną męską), czyli ok 37 stopni. Dla chłopa zabójstwo. Już wolę jak jest 38-39 niż ten przeklęty stan podgorączkowy.
Dziś poniedziałek. Jeszcze mnie trzyma gorączka. Lekki kaszel i leci mi z nosa jak z kranu.
W planach na dziś było bieganie i pokonanie w końcu dystansu 10 km. Raczej się nie uda. Muszę się porządnie zaleczyć.
Za tydzień wakacje.
Dziś powinno pojawić się podsumowanie miesiąca. Nie pojawi się. Nie ma na to czasu, może po majówce. Z kronikarskiego obowiązku wrzucę tylk...