Rozkłada mnie choróbsko - największy wróg odchudzania. Zawsze przy spadku formy spada moje zaangażowanie w zdrowe odżywianie.
Dopadła mnie chyba angina - wszystko na to wskazuje. Trzeba to przetrwać.
Rozkłada mnie choróbsko - największy wróg odchudzania. Zawsze przy spadku formy spada moje zaangażowanie w zdrowe odżywianie.
Dopadła mnie chyba angina - wszystko na to wskazuje. Trzeba to przetrwać.
Schudłem 2,4 kg w tym tygodniu Do celu pozostało 20,3 kg. - Sam nie umiałem uwierzyć w to co pokazała mi dziś waga. W ubiegłym tygodniu musiało być jakieś przekłamanie przy ważeniu.
Kończę pisać, zjadam śniadanie i na rower. W planach 30 km, ile wyjdzie to się okaże.
Fajnego weekendu wszystkim życzę.
Żonka zaprosiła mnie wczoraj na randkę na rowerze. Niestety skończyło się szybko. Po 7 km najechałem na kolec i z przebitą oponą przyszło mi wracać z buta do domu.
Z 40 km zrobiło się niespełna 10. Na szczęście udało nam się jeszcze zdążyć do rowerowego po nową dętkę. Niestety tu znowu pech. Dętka okazała się fabrycznie uszkodzona. Niestety nowej już nie dostałem. Rower czeka na naprawę. Muszę to dziś ogarnąć aby móc wybrać się już jutro na rower.
Dziś w planach bieganie (9,5 km).
Wczoraj zaliczony rower. Wpadło 30 km. Dużo lepiej się spało.
Dieta zachowana. Nadal nie potrafię zrezygnować z energetyków (0 kcal oczywiście).
Jak to jest z tym moim bieganiem?
Bieganie było zawsze sposobem na zrzucanie wagi.
Kiedy waga wskazała 114,5 kg bieganie nie było najlepszym pomysłem dla moich kolan. Wtedy jednak odkryłem marszobiegi. I z nimi już pozostałem.
Dwa lata temu nawet udało mi się przebiec kilka półmaratonów, właśnie w trybie marszobiegu.
Ubiegły rok był dla mnie trudny. Operacja "zabiła" moje bieganie dodając do mojej wagi kolejne kilogramy. W kilka miesięcy z 92 kg wskoczyłem na prawie 105 kg. Postanowiłem się przemóc. Wróciłem do biegania.
Tym razem razem z żoną, która wcześniej nie biegała. Dlatego rozpoczęliśmy od 2 km.
Dokładnie to wyglądało tak:
Tydzień 1 (3 razy w tygodniu) - 1 km bieg, 100 m marsz, 900 m bieg
Tydzień 2 (3 razy w tygodniu) - 1 km bieg, 100 m marsz, 900 m bieg, 100 m marsz, 400 m bieg
Tydzień 3 (3 razy w tygodniu) - 1 km bieg, 100 m marsz, 900 m bieg, 100 m marsz, 900 m bieg
co tydzień dokładaliśmy po 500 m do łącznego dystansu
Wczoraj w ten sposób wyszło nam już łącznie 9,5 km, czyli już w przyszłym tygodniu dojdziemy do naszego docelowego dystansu 10 km.
Żona od dziś na urlopie, córka wyjechała na obóz harcerski, syn w domu. Ja w pracy, jeszcze przez dwa tygodnie, później urlopik.
Wracając jednak do walki z moją redukcją. Wczoraj tylko 15 km roweru. Rodzinnie, powolutku. Dołożone kilometry do miejskiej rywalizacji pozwoliły mi podskoczyć o kolejne dwa oczka na 122 miejsce.
Dietetycznie bez szaleństw. To co dietetyk przykazał plus małe lody dla ochłody nad wodą.
Więcej grzechów nie pamiętam.
Niedziela. Ważenie i pomiary. Waga stoi w miejscu. Obwody poleciały w dół o kilka centymetrów. Czyli jest progres co bardzo cieszy.
Wczoraj zaliczyłem błogie leniuchowanie na basenie. Było mało pływania za to dużo wytapiania tłuszczu na słońcu.
Odkryliśmy nową miejscówkę w pobliskiej (40 km) czeskiej Ostravie. Duży basen, jeszcze więcej miejsca na rozłożenie na trawie.
Wracając do pomiarów wygląda to tak:
Waga było 100,7 kg jest 100,7 kg (-)
Biceps było 31cm jest 30 cm (-1cm)
Piersi było 111 cm jest 107 cm (-4cm)
Talia było 105 cm jest 102 cm (-3cm)
Biodra było 113 cm jest 109 cm (-4cm)
Udo było 64 cm jest 65 cm (+1cm)
Ważenie piątkowe pokazało wzrost wagi. Mało to motywujące. Nie chce mmi się pisać. Wspomnę tylko, że na rowerze zrobiłem dziś 46 km.
Waga stoi w miejscu. Mam to w nosie bo moja kondycja już dawno nie była na takim poziomie. Pomimo tego, że w wczorajszym upale udało mi się przebiec tylko 5 z zaplanowanych 9 km jestem zadowolony.
Po dwóch miesiącach odchudzania straciłem 5 kg. Zasypiam bez problemu, a co najważniejsze nie budzę się w nocy. Daje mi to olbrzymi komfort w ciągu dnia oraz dużą dawkę energii na cały dzień w pracy.
Dziś w planach basen. Jutro rower jeśli się uda.
Wczoraj po pracy mimo upału udało się wybrać na rower. Zrobiłem tylko 18 km, ale to wystarczyło, aby nie wskoczyć do łóżka na po obiednią drzemkę.
Waga stoi jak zaczarowana. Można nawet rzec, że rośnie. Muszę sprawdzić obwody, może tu coś drgnęło.
Jeśli chodzi o dietę to trzymam się ostatnio wytycznych co do obiadu. Na kolację nie mam czasu, śniadania jem mocno zmodyfikowane, a co za tym idzie w ogólnym rozrachunku przyjmuje dużo mniej kalorii niż zalecił dietetyk.
Zero podjadania. Sport na stabilnym poziomie. Wczoraj planowe 9 km biegu. Dziś w planach jest rower.
Tyle na dziś. Bez odbioru.
Poniedziałek. Na wagę dziś lepiej nie wchodzić. W piątek wybrałem się z rodzinką pod namioty. Pojechała nas czwórka. Ja, żonka i dwójka dzieciaków. Nie pojechała z nami dieta. Niby się ruszałem przez cały czas, jednak przy kaloriach jakie w siebie wrzuciłem w tym czasie, było go zdecydowanie za mało.
Nie ma co płakać, trzeba wrócić na utarte tory.
Najważniejsze, że dzieciaki zadowolone. Namiot sprawdzony przed kolejnymi wypadami, których w tym sezonie będzie więcej - mam nadzieję.
Dziś w planie 9 km biegu, ale to dopiero wieczorem.
Dziś na rowerze pękło 30 km. Ogłaszam przerwę operacyjną do poniedziałku. Z rodzinką wybieramy się za parę chwil pod namioty na weekend. Zobaczy się co z dietą na miejscu. W poniedziałek to ja się lepiej nie będę ważył.
Dziś waga pokazała już poniżej 100 kg, ale oficjalnie trzymam się uśrednionego pomiaru dnia na poziomie 100,2 kg, więc już w przyszłym tygodniu powinna pojawić się na stałe 9-tka na początku.
Życzę wszystkim udanego weekendu i resetu głowy. Nie tylko wagą człowiek żyje.
Odebrałem wczoraj rower z serwisu. Rumak sprawny, teraz tylko jeździć. Nie będzie na razie jednak okazji, bo dziś zaplanowane bieganie, a już jutro planujemy wyjazd weekendowy pod namiot.
I to w najbliższych dniach będzie największe wyzwanie ostatniego dietowego czasu. Jak tu obstać się z dietą pod namiotem?
Pożyjemy zobaczymy. A może ktoś z czytających ma pomysł jak nie ulec kampingowym kiełbaską, karkówką i innym dobrocią podniebienia?
Udało się wczoraj w końcu pobiegać. Wskoczyło kolejne 8,5 km. Piwo (bezalkoholowe) smakowało po biegu jak nigdy.
Wracając jednak do diety.
W domu jest nas czwórka. Ja z żonką mamy wdrożoną dietę dla par. Dzieciaki natomiast obiady jedzą z nami (śniadania i kolacje już im odpuszczamy i robią sobie to co lubią), i to z obiadami mamy problem, dla dzieciaków jest "za zdrowo". No i robi się problem bo wolą zrezygnować z obiadu i dojeść na kolację.
Ciekawe czy to problem tylko u nas, czy to szerszy problem.
Oddałem rower do serwisu. Kilka dni nie pojeżdżę. Bieganie wczorajsze też niestety odpadło ze względu na aurę za oknem. Straszyło, straszyła, a w końcu nie popadało nic.
Może dziś się uda pobiegać, prognozy są bardziej obiecujące.
Dieta utrzymana. Zero podjadania. Jedyny mój nałóg obecnie i zarazem substytut słodyczy to Monster bez cukru. Wiem, że z niego też muszę zrezygnować ale nie wszystko na raz. Tymczasem wpada przynajmniej jeden dziennie. Dzięki temu jakoś funkcjonuje bez szkody dla otoczenia i rodzinka ma szansę ze mną wytrzymać.
Ciężko wejść mi w ten tydzień.
Zimny poniedziałek nie nastraja. Dziś w planie bieganie - 8,5 km.
Śniadanie już wpadło (grzanki z serkiem wiejskim i ananasem)
Na drugie owsianka (przygotowana do pracy przez żonkę)
Obiad - ryba w pomarańczy. Cóż to za wynalazek w ogóle.
Wracając do dnia wczorajszego. Wpadło mi jeszcze w aktywnościach 12 km rowerem na piwko z żonką. Dzieciaki nas zbojkotowały i zostały w domu z Xboxem.
Chyba jestem jedynym facetem udzielających się w tym miejscu. Cóż trudno. Po tym wstępie z dupy nadmienię tylko, że wczoraj pojeździłem na rowerze (25 km) a dziś żonka przegoniła mnie po lesie z kijkami (11 km).
Moja waga powolutku leci w dół, za to waga żony spektakularnie 3 kg mniej w dwa tygodnie.
Dietetyk obiecał wymarzoną wagę na styczeń. Zobaczymy czy miał rację.
Sobota - dzień pomiarów.
Waga 100,7 kg
Biceps 31
Piersi 111 cm
Talia 105 cm
Biodra 113 cm
Udo 64 cm
Pierwszy pomiar, więc nie ma się do czego odnieść. Za tydzień zobaczy się czy coś drgnęło.
Dziś pierwszy pomiar kontrolny. Waga wskazała 100,7 kg. Spadek zaledwie 0,3 kilograma. Szału nie ma. Wczoraj zrobiłem 19 km na rowerze. Wpadły pierwsze kilometry do wyzwania jakie sobie postawiłem, czyli ponad 200 km do 12 sierpnia. Skąd ta data?
To wtedy kończy się wyzwanie rowerowe w mieście w którym mieszkam. Do zrobienia jest 750 km na 750 rocznice nadania praw miejskich, ale to dla mnie nieosiągalne. Za późno przystąpiłem do wydarzenia, dlatego postanowiłem przekroczyć pierwszy próg, czyli wspomniane już wcześniej 200 km.
Z doświadczenia wiem, że tego typu wyzwania zawsze bardzo motywowały mnie do działania. II to właśnie dzięki ruchowi zawsze najwięcej traciłem na wadze.
Zmykam popracować. Do zobaczenia jutro.
Moja historia odchudzania jest długa. Można powiedzieć, że trwa już ok 15 lat z małym hakiem. W wieku 25 lat ważyłem ok 80 kg, od tamtego czasu byłem na ciągłej sinusoidzie. Doszło nawet do tego, że waga łazienkowa wskazała 114,5 kg. To był mój rekord. Ponad rok temu, wyhodowałem kamienie w woreczku żółciowym. Częste ataki i strach przed bólem z wagi 105 kg doprowadziły mnie do 92 kg. Niestety usunięcie woreczka, a co za tym idzie problemu z bólem (mojego głównego motywatora) doprowadziło do ponownego wzrostu wagi. W 9 miesięcy wróciłem do wagi 105,6 kg. Problemy z swobodnym zaśnięciem (problemy z oddechem w czasie snu) ponownie zmotywowały mnie do działania. Miesiąc temu wróciłem do biegania (w 2019 roku przebiegłem nawet półmaraton). Od 3 tygodni jestem na diecie (od dwóch dni z wsparciem Vitalii).
Tyle tytułem wstępu. Dziś jeszcze tylko nadmienię, że wczoraj przebiegłem 8 km (marszobieg).
Do zobaczenia jutro.
No to startujemy z dietą w Vitalii. Stan początkowy 102 kg przy 177 cm wzrostu. Trochę mnie tu nie było znowu.
Dziś powinno pojawić się podsumowanie miesiąca. Nie pojawi się. Nie ma na to czasu, może po majówce. Z kronikarskiego obowiązku wrzucę tylk...