Dojrzałem do opowiedzenia swojej weekendowej historii.
Była niedziela godzina 18:00. Zaczął mi doskwierać ból pod żebrami. Od razu pomyślałem o swojej nieszczęsnej wątrobie i woreczku żółciowym, który skrywa jak się całkiem niedawno okazało niechciany skarb w postaci kamyków nie tyle szlachetnych co średnich rozmiarów.
Przegapiłem sygnały alarmowe. Dołożyłem do swojego sfatygowanego układu pokarmowego kolejne porcję czekolady i ciasta. Wizyta u teściów i mamy zobowiązuje niestety.
O godzinie 22 ból był już tak dotkliwy i widoczny, że moja lepsza połowa bez jakichkolwiek wątpliwości puściła mnie na nocną izbę przyjęć w celu podania zastrzyku ratunkowego.
I tu zaczyna się Bareja.
Z ledwością zajechałem na miejsce. Wytoczyłem się z samochodu. Podchodzę do drzwi. One jednak ani drgną. Dzwonię domofonem. Dość szybko odbiera nieco zaspana Pani. Wysłuchuje co mi jest i każe zadzwonić pod nr telefonu, który powieszony jest na drzwiach.
Zdezorientowany dzwonię. Odbiera o zgrozo ta sama kobieta. Zbiera wywiad ponownie. Ja zwijam się z bólu, a ona każe mi się rozłączyć i czekać na oddzwonienie lekarza.
Lekarz nie oddzwania. Otwierają się jednak drzwi. Zostaje wpuszczony do środka. Minęło pół godziny. Kolejny wywiad tym razem z zaspanym lekarzem. Dostaje zastrzyk z ketonalu i nospy oraz skierowanie na oddział chirurgiczny jeśli mi nie przejdzie do dwóch godzin.
Wracam do domu. Niestety nie przechodzi. Wsiadam do samochodu i jadę do miasta oddalonego o 20 km na oddział chirurgii z myślą, że tam wytną mi ten cholerny woreczek żółciowy i pozbędę się problemu.
Co się stało później napiszę później. Pewnie jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz