środa, 2 grudnia 2020

Wpis#63

Dojrzałem do opowiedzenia swojej weekendowej historii.

Była niedziela godzina 18:00. Zaczął mi doskwierać ból pod żebrami. Od razu pomyślałem o swojej nieszczęsnej wątrobie i woreczku żółciowym, który skrywa jak się całkiem niedawno okazało niechciany skarb w postaci kamyków nie tyle szlachetnych co średnich rozmiarów.

Przegapiłem sygnały alarmowe. Dołożyłem do swojego sfatygowanego układu pokarmowego kolejne porcję czekolady i ciasta. Wizyta u teściów i mamy zobowiązuje niestety.

O godzinie 22 ból był już tak dotkliwy i widoczny, że moja lepsza połowa bez jakichkolwiek wątpliwości puściła mnie na nocną izbę przyjęć w celu podania zastrzyku ratunkowego.

I tu zaczyna się Bareja.

Z ledwością zajechałem na miejsce. Wytoczyłem się z samochodu. Podchodzę do drzwi. One jednak ani drgną. Dzwonię domofonem. Dość szybko odbiera nieco zaspana Pani. Wysłuchuje co mi jest i każe zadzwonić pod nr telefonu, który powieszony jest na drzwiach.

Zdezorientowany dzwonię. Odbiera o zgrozo ta sama kobieta. Zbiera wywiad ponownie. Ja zwijam się z bólu, a ona każe mi się rozłączyć i czekać na oddzwonienie lekarza.

Lekarz nie oddzwania. Otwierają się jednak drzwi. Zostaje wpuszczony do środka. Minęło pół godziny. Kolejny wywiad tym razem z zaspanym lekarzem. Dostaje zastrzyk z ketonalu i nospy oraz skierowanie na oddział chirurgiczny jeśli mi nie przejdzie do dwóch godzin.

Wracam do domu. Niestety nie przechodzi. Wsiadam do samochodu i jadę do miasta oddalonego o 20 km na oddział chirurgii z myślą, że tam wytną mi ten cholerny woreczek żółciowy i pozbędę się problemu.

Co się stało później napiszę później. Pewnie jutro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpis #201

 Dziś powinno pojawić się podsumowanie miesiąca. Nie pojawi się. Nie ma na to czasu, może po majówce. Z kronikarskiego obowiązku wrzucę tylk...